RSS
czwartek, 19 marca 2009
Testujemy Merlin.pl - ciąg dalszy i mało obiecujący

Testowanie Merlina, które na początku szło bardzo dobrze (pisałam o tym tu właśnie), wzięło i zdechło po tygodniu, albowiem otrzymałam taki list:

Szanowna Pani,
Informujemy, iz otrzymalismy zwrot przesylki numer 4707530 adresowanej na PO BOX do Swietej Lucjii.
Dnia 23,02,2009 otrzymalismy informacje , iz w/g instrukcji swiadczenia uslugi EMS Pocztex w/w panstwo nie przyjmuje przesylek adresowanych do skrzynek pocztowych.
Zamowienie zostalo wycofane.Kwota 563,31zł zostala zwrocona na Pani karte kredytowa.
Za wszelkie niedogodnosci bardzo przepraszamy.
Jezeli chcialaby Pani zlozyc nowe zamowienie, zapraszamy na www.merlin.pl

List otrzymałam wtedy, gdy naprawiali nam przez tydzień Internet, więc zdołałam się tylko wściec, ale już nie napisać. Chodzi o to, że podałam adres naszej agencji real estate na St Lucii, by nie było kłopotu z odbiorem, a adres był adresem ich skrzynki pocztowej (PO Box). Phillip (właściciel agencji) bardzo się zdziwił:

- Ale my nie mamy innego adresu, tylko z PO Box! Tu wszyscy tak mają!

No dobra, może nie wszyscy. Zahaczyliśmy o szkołę dzieci. Adres podamy na szkołę.

- Ależ oczywiście, że możecie tu państwo przysłać książki, proszę bardzo - powiedziała Mrs Alexander, właścicielka szkoły, podając nam wizytówkę z adresem. Z adresem PO Box, oczywiście. 

Sprawdziłam w Googlach, że na St Lucia mają ową wspomnianą w liście z Merlina usługę EMS, ale Pocztex nie ma podpisanej umowy akurat z St Lucią. No OK, St Lucia może nie jest najczęstszym adresem wysyłki przez Pocztex i nie musi. takie wysyłki - powiedziały Google - Pocztex zleca UPS-owi. Sprawdziłam, że na St Lucii UPS ma swoje biura. Z adresem PO Box, oczywiście. Ale nie będę się kłócić. Zaczepiłam Martina, naszego najbliższego sąsiada, czy może dać swój adres, bo książki. 

- Ależ oczywiście, książki! - ucieszył się Martin, dyktując adres. Z PO Box, oczywiście.

Wyjaśniłam, że taki bardziej pocztowy chcę. Z PO Box nie działa. 

- Nie mamy innych pocztowych, tu w ogóle poczta nie dostarcza inaczej tylko do skrzynki pocztowej, tu nie ma nawet listonoszy! Jak dostaję przesyłkę z UPS czy skądkolwiek, to oni dzwonią i ja się umawiam, że albo odbiorę u nich, albo przywiozą mi do domu - zdziwil się Martin, ale posłusznie podyktował adres, po wysłuchaniu opowieści, że Merlin, że tak jak Amazon, że takie mają procedury i co ja pocznę, jak chcę książki konkretnie z Polski.

Wysłałam zamówienie. Zapłaciłam. Następnego dnia - wszystko, tak jak trzeba - otrzymałam zawiadomienie z Merlina, że zrealizowane, że wysłane, z linkiem że kod przesyłki jest taki i taki i że "sprawdź status doręczenia przesyłki".

Sprawdziłam. Pokazała się strona nie Pocztexu, lecz UPS. Kod przesyłki nie działał. "Niektóre informacje o monitorowaniu nie są aktualnie dostępne. Spróbuj ponownie później." No dobrze, spróbuję później.

Po dziesięciu dniach nieco się zaniepokoiłam i napisałam do Merlina:

Szanowni Państwo
Książki mi się kończą, i po raz drugi zamówiłam w Merlinie dostawę. Miesiąc temu dostawa pierwsza się nie udała, ponieważ - jak się okazało - Pocztex lub UPS nie dostarcza przesyłki na St Lucia (Karaiby, West Indies) z adresem PO Box. Trochę dziwnie, bo tu nie praktycznie nie ma innych adresów, tylko na PO Box (nie istnieje tu nawet zawód listonosza). Ale jesli nie, to nie. Otrzymałam wszystkie zwroty oraz informację (było to zamówienie nr 4707530) o wycofaniu z realizacji. Na różnicy kursu dolara zarobiłam nawet 3 grosze.
Podałam więc inny adres i 10 dni temu dostałam kolejną informację o realizacji przesyłki. Razem z kodem przesyłki.
                                        Kod nadania przesyłki: EE163828215PL - sprawdź status doręczenia
Niestety, link od chwili nadania przekazuje informacje, że żadne informacje o przesyłce "nie są aktualnie dostępne". One nigdy nie były dostępne i przestałam miec nadzieję, że będą.
Nie muszę wiedzieć, w którym dziś miejscu znajduje się moja wyczekiwana paczka, ale chciałabym wiedzieć, czy ona IDZIE.
Czyli - czy dostanę książki na St Lucia przed wyjazdem z St Lucii. Bo formalnemu adresatowi to one się nie przydadzą, jako że są po polsku.
Czy mogliby Państwo - jako nadawca - to sprawdzić u swego kontrahenta?
Pozdrawiam (imię i nazwisko)



Nie powiem, już następnego dnia, no może półtorej, otrzymałam odpowiedź:

Szanowny Panie,
Dziekujemy za korespondencje nadeslana do naszej ksiegarni.
Bardzo nam przykro z powodu opoznienia w dostawie zamowienia numer 4760134. Zlecenie zostalo wyslane
na adres:
(...)
West India
SAINT LUCIA
w dniu 2009-03-06. Przesylka powinna dotrzec do Pana w przeciagu 2 - 4 dni robocze .
W zwiazku ze zgloszeniem opozniania w doreczeniu przesylki, skierujemy do Poczty Polskiej
reklamacje z prosba o wyjasnienie zaistnialego opoznienie i zlokalizowanie przesylki.
Niestety rozpatrzenie takiej reklamacji trwa kilka tygodni, z gory przepraszamy za
wynikle niedogodnosci i prosimy o cierpliwosc.
Jak tylko otrzymamy odpowiedz z poczty na reklamacje dostawy paczki 4760134, skontaktujemy sie
z Panem ponownie. Gdyby przesylka w miedzyczasie dotarla, bedziemy wdzieczni za informacje.
Z poważaniem
Kierownik Zmiany
Biura Obsługi Klienta (imię i nazwisko)

Przełknęłam, że ja jestem Szanowna Pani, a nie Szanowny Pan. Że o tym wszystkim, co tu napisano, to ja wiem, bo w tej sprawie pisałam. I że nie prosiłam się o reklamację (którą dopiero zapowiadają, że wyślą).  I nie będę się czepiać ani o gramatyke, ani o ortografię, choć list przyszedł jednak z księgarni internetowej, a nie z hurtowni materiałów budowlanych (nic nie ujmując hurtowni). Natychmiast napisałam:

  Szanowna Pani
Czy ja dobrze rozumiem? Czy Merlin dopuszcza wyjaśnienie reklamacji w sprawie opóźnienia przesyłki w dobie komputerów, monitorowania, trackingu i innych takich - w ciagu KILKU TYGODNI????? Tak się w umowie zgodziliście???
Kod nadania przesyłki nie działał od samego początku. Czy w ogóle została wysłana? Firma UPS, która jest kontrahentem Poczty Polskiej w takich wysyłkach posiada biura na St Lucii (z adresem PO Box, oczywiście), więc wie, gdzie jest ta wyspa. Samoloty bezpośrednio na St Lucię z Londynu latają cztery razy w tygodniu.
Czy mogliby jednak Państwo szybciej sprawdzić czy przesyłka została nadana? Bo (adresat przesyłki) w kwietniu stąd wyjeżdża, ja zreszta też. Jeszcze można zdążyć, ale gdy to potrwa - wszyscy wpadniecie w koszty przy cofaniu przesyłki (a ja pewnie znów zarobie 3 grosze na różnicy kursów przy zwrocie pieniędzy). Tylko książek nie dostanę.
Pozdrawiam (imię i nazwisko)

 

Już następnego dnia rano (mojego czasu) miałam odpowiedź:

 Szanowna Pani,
Pocztex jest firma kurerska powiazana z Poczta Poslka, nie prowadza oni dla nas trackingu i
 niestety nie mam y mozliwosci sprawdzenia dokladnie gdzie znajduje sie wyslana przez nasza
 firme paczka.
Pragnę wyjaśnić, że realizacja zamówienia oznacza przekazanie paczki do
wysyłki, Merlin.pl nie odpowiada za terminy dostaw, ponieważ Poczta Polska
nie gwarantuje tych terminów.
W imieniu klientów składamy reklamacje, jeśli paczki nie dojdą, jednak
obowiązują nas takie same procedury jak zwykłych klientów. Zgodnie z nimi
Poczta rozpatruje reklamacje dostawy po upływie 14 dni roboczych od
deklarowanego terminu otrzymania paczki. Ten termin jeszcze nie upłynął
(paczka została nadana 06.3.2009, w przypadku pocztexa termin dostawy
upływa po 2-4 dniach roboczych), tak więc dopiero w przyszłym
tygodniu możemy zlożyćstosowna reklamacje. Nie możemy wysłać Pani ponownie
tego zamówienia, póki nie otrzymamy odpowiedzi z Poczty.  
Istnieje prawdopodobieństwo, że paczka do Pani dotrze, możliwe że czeka na
odbiór w Pani oddziale pocztowym. Często zdarza się, że listonosze nie
awizują paczek, dlatego polecamy sprawdzić na poczcie, czy paczka
przypadkiem nie czeka tam na Pania.
Jeszcze raz przepraszamy za opóźnienie w dostawie zamówienia, nie wynika ono
jednak z winy naszej firmy. Cały przebieg realizacji zamówienia przebiegł
zgodnie z regulaminem naszego sklepu, który jest zgodny przepisami polskiego
prawa.  
 
Z poważaniem
Kierownik Zmiany
Biura Obsługi Klienta

 

Po namyśle napisałam kilka godzin później (już dzisiaj):

Szanowni Państwo
Nie rozumiem, dlaczego w e-mailu piszecie Państwo, że Pocztex "nie prowadzi dla nas trackingu", jeśli Pocztex prowadzi tracking dla każdego klienta? W Poczteksie to się nazywa śledzeniem  przesyłki. Dlatego nadają numer. Numer nadany Waszej przesyłce do mnie jest: EE163828215PL.
Poza tym ja nie pytałam o to, GDZIE jest przesyłka, lecz tylko o to, CZY została ona przez Pocztex wysłana. A to możecie sprawdzić tylko Wy, jako wysyłający. Bo numer podany odbiorcy (czyli mnie) - nie działa.
 
Rozumiem, że Merlin nie odpowiada za terminy dostaw. Ale jeśli dostawca jest nierzetelny, to może warto zmienić dostawcę? Na przykład na takiego, który żyje nie z podatników, lecz z ciężko zarobionych pieniędzy wpłaconych przez dobrze obsłużonych klientów?

Merlin.pl nie daje możliwości wyboru dostawcy, wybiera Pocztex podpisawszy z nim taką a nie inną umowę, więc i powinien się sam z nim skutecznie użerać, zwłaszcza, gdy klient płaci Merlinowi wcale niemało za dostawę. Gdybym ja płaciła Pocztexowi, nie potrzebowałabym Merlina, żeby dowiedzieć sie, czy paczka została wysłana, lub złożyć reklamacje. Bo i nie na reklamacji mi zależy, lecz na dostawie książek.

I nie możecie w chwili, gdy Wasi PR-owcy cięzko pracują na wizerunek firmy i opowiadają, że Merlin.pl wysyła książki do 70 krajów świata, odpowiadać klientowi z siedemdziesiątego pierwszego kraju, że nic to Was nie obchodzi, bo Wyście "zrealizowali zgodnie z regulaminem". Na regulaminy powołują się wszystkie socjalistyczne firmy i - jak wiadomo - nic z tego nie wynika.

Zamawiam w Merlinie książki od 10 lat, czyli od chwili powstania firmy. Tylko z tego adresu mailowego (wcześniej miałam inny, choć bardzo podobny) mam w archiwum zamówienia od 2001 r. To zamówienie, na które czekam jest - jak obliczyłam - 79. (siedemdziesiątym dziewiątym) zamówieniem. Chyba każde z nich zawiera 5-6 książek, płyt czy gier, wartych 30-100 złotych kazda, więc jak łatwo obliczyc wydałam już w Waszym sklepie dobrze ponad 30 tysięcy złotych. I mam nadzieję zamawiać nadal, już po powrocie z St Lucii. W dodatku w ciągu tych dziesięciu lat byłam mało upierdliwym klientem, a więc klientem dobrym. Nad którym warto się pochylić.

Więc prosze mi tu nie opowiadać o listonoszach, który "czasem nie awizują paczek", bo ja pisałam do Was już wcześniej, że na  St Lucia listonoszy nie ma.

Pozdrawiam

 

Nie sądzę, żeby korespondencja skończyła się na tym. Jutro pewnie przyjdzie nowy list. A książki nie. 

No cóż, nie mam co czytać, więc będę korespondować. 

A Krzysio od razu mówił, żebym sobie dała spokój z tym zamawianiem, bo nic z tego nie będzie. Dla niego też zamówiłam, oczywiście.

15:30, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (29) »
wtorek, 17 marca 2009
My, wulkan i cesarzowa Józefina

Zapomniałam wcześniej napisac, że na wyprawę na Pitony wzięliśmy busika z kierowcą (żebysmy się zmieścili w siedem osób i żeby żaden strajk paliwowy nas znów nie nastraszył). Kierowca wziął syna - Giovanniego, lat 7. A Giovanni wziął swego gameboy'a, tak więc większą część podróży samochodem dzieci w niezwykłej zgodzie spędziły nad grami, zamiast podziwiać widoki, a my zyskalismy jeszcze jednego, pełnoprawnego uczestnika wycieczki:

Pojechaliśmy dalej na Mount Soufriere, do wulkanu. A jest to podobno jedyne miejsce na świecie, gdzie do krateru można wjechac samochodem (drive-in-volcano).

Faktycznie, można. Zapłacilismy (po 10 EC od osoby), wjechaliśmy na górę, tam jest muzeum. Albo wystawa, jak kto woli. W muzeum obejrzeliśmy na filmie, na obrazkach i na glinianych modelach jak powstaje wulkan i dowiedzielismy sie, że nasz wulkan powstał 400 tysięcy lat temu, a ostatnia jego prawdziwą aktywnośc zanotowano ponad 300 lat temu, następnie znów wsiedliśmy do samochodu, zjechaliśmy kawałek i wysiedliśmy tuż obok krateru wulkanu.

To znaczy niespecjalnie to krater, bo to już zaden wulkan, ale szare błoto leniwie choć efektownie wrze, bulgocze i dymi siarką.

Ponieważ w pakiecie z oglądaniem było również wąchanie (intensywne!), a siarka ma zapach zgniłych jaj, że przypomnę, to cyknęliśmy sobie fotkę, wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z wulkanu. Normalnie jak japońska wycieczka. Jak kto chciał, to można to bylo wszystko na piechotę i jeszcze po drodze kupić pamiątki w sklepikach - ale nie chcieliśmy.

Pojechaliśmy do ogrodu botanicznego, który zaprojektowała i założyła w 1983 r. potomkini słynnej na wyspie rodziny Devaux, od 1713 roku właścicieli terenów Soufriere i naokoło, ktore dostali od Ludwika XIV (wtedy St Lucia należała do Francji, a Soufriere bylo jej stolicą). 

W ogrodzie od razu mówiłam, żeby nie robić zdjęć, bo ładniejsze dostaniemy na pocztówkach, ale komu to mówić! Jeśli się naocznie nie zerknie w monitorek, nie skadruje przymierzając własnym ciałem, własnym palcem nie pstryknie, nie krzyknie przy tym "ojej, jak pieknie!", to jakby się nie widziało żadnej rośliny. Sama zrobiłam z setkę zdjęć. Jak każdy.

I dotarlismy do basenów z terapeutyczną, ciepłą wodą mineralną. Gdy tylko stwierdziłyśmy z Lusia, że w tych minerałach to kiedyś i cesarzowa Józefina się kąpała, to oczywiście musiałyśmy i my. Wszystkie dzieci udało się zgromadzić w jednym, a my - każda w swoim - pławiłyśmy się absolutnie zachwycone i piękniejące z minuty na minutę jak cesarzowe.

Do momentu, gdy nie przybyła amerykańska wycieczka - jedna po drugiej grupy pasażerów z tych wielkich statków hotelowych, które cumują w Castries, a akurat na St Lucii mają w programie ogrody botaniczne i drive-in-volcano zapewne. I wszystkim po kolei grupom przewodniczki mówiły, że to wody mineralne, że ciepłe i że za dodatkową opłatą. I wszyscy nam robili zdjęcia w tych basenach. Wytrzymalismy do grupy dziesiątej (liczyli ich na busy) i wyleźliśmy. A rządkiem i po kolei szła następna grupa i następna...

Ale wodospad Diamond Waterfall już mieliśmy tylko dla siebie! I mogą nam mówić różni podróżnicy, że na St Lucii te wodospady to tylko gadżety dla turystów i kieszonkowe zabawki, a nie porządne Niagary. Ale czy ktoś widział gdzie indziej wodospad pomarańczowy? A my tu taki mamy! Naprawdę pomarańczowy wodospad i to przy nim na pewno wypoczywała cesarzowa Józefina po mineralnych kąpielach (bo są różne głosy), a nie tylko na Martynice. Nigdzie nie ma takiego jak z haftowanej makatki! Na pewno nigdzie! :)

19:19, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 16 marca 2009
Pitony wzięte!

Nie będę ukrywac, że bylismy na Pitonach już tydzien temu z Lusią i Jerzykiem, a wszystko odbyło się w największej tajemnicy ze względu na Pitonów klątwę.

Cała wyspa ma wzdłuż jakieś sześćdziesiąt kilometrów, więc niby nie tak dużo. Ale zygzakiem, gdy przepaść jest raz z jednej a raz drugiej strony (przy czym widoki zapierają dech w piersiach), w górę i w dół, to jednak jest dość daleko i to przez cały czas.

I nad Marigot Bay z prawej: 

I z lewej:

 I nad Anse de la Raye:

I gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Pitony prawie z bliska nad Soufriere:

I gdy na dole zobaczylismy Soufriere w środku:

I nawet to miejsce w Soufriere, gdzie w 1795 r. stała gilotyna:

I dopiero tam zaczął padać deszcz. Najwyraźniej Pitony zaczęły się domyślac, że opowiadanie, jakobyśmy jechali wyłącznie na piwo (piwo Piton, oczywiście) w restauracji Dasheene w resorcie Ladera, może nie być całkowicie prawdziwe. A było, słowo daję, najprawdziwsza prawda to była! Wjechaliśmy do Ladery, ktory to hotel mieści się między dwoma Pitonami i udalismy się na lunch do restauracji Desheene. Pitony nie bardzo były widoczne, bo lało, więc zrobiliśmy zdjęcie oficjalne bez nich:

O, tu lepiej widać Pitony, a gorzej dzieci:

Lunch w Dasheene był po trzykroć rozczarowujący. Pitony sie zasłaniały mgłą (ale trochę było widać), było koszmarnie drogo (ale nie tak drogo, jak mysleliśmy), jedzenie było koszmarnie niesmaczne (niestety,nawet sałatki!). grała orkiestra co chciała być Buena Vista Social Club, ale była tylko głośna (ale za to stylowo wyglądali):

Więc porzuciliśmy Pitony zakochani w nich po uszy, nieodwołalnie i na zawsze. Niby wiadomo, że to jeden z najpiękniejszych widoków świata, ale jednak nie wiedzieliśmy, że jest aż tak piękny.

 

(co bylo dalej napiszę potem, bo teraz musimy jechać po dzieci do szkoły)

 

 

19:04, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 marca 2009
Kreativ Blogger

Tak.

Dostalismy Kreativ Bloggera trzy tygodnie temu od If-If1 - http://coreczko.blox.pl/html  (dziękujemy!)

Przeczytaliśmy też zasady przyznawania (i otrzymywania) wyróżnienia, są one takie:

Zasady przyznawania wyróżnienia Kreativ Blogger:
Po otrzymaniu nagrody na swoim blogu umieszczamy logo Kreativ Blogger oraz informujemy, kto przyznał nam wyróżnienie. Nominujemy 7 blogów lub więcej do nagrody i podajemy link do każdego z nich. Informujemy wyróżnionego o nominacji w komentarzach na jego blogu.

Umieszczamy z dumą logo (najpierw długo szukamy, skąd wziąć to logo, bośmy nieco matoły w tym względzie)

 

Ponieważ dopiero co opanowaliśmy czcionke (rozmiar jeszcze nie całkiem), publikowanie zdjęć w odpowiednim formacie  (wciąż nam wywalało, że za duże to-to, a potem się okazuje że takie małe że nic nie widać) oraz wstawianie nazwy bloga do "ulubionych" - dokształcamy się pilnie we wstawianiu do ulubionych, bo usiłujemy ustalić sobie listę do nominowania. Ponieważ czytamy blogi jak leci i potem zapominamy które nam się najbardziej podobały, zaczynamy studia nad ulubionymi. Ustalilismy sobie wstępnie,  że oczywiście nominujemy dr.fly z blogiem "Moje wszystko", bo bardzo lubimy.

 Ledwie to sobie po tygodniu zastanawiania się ustaliliśmy - odezwała się dr.fly z bloga "Moje wszystko", że nas nominuje pierwsza:  http://drfly.blox.pl/html . (dziękujemy!).

To postanowiliśmy nadrobić zaleglości w czytaniu blogów, żeby się wyrobić z tym nominowaniem i się zaczytaliśmy, odezwała się Przyszła Mama - www.bocianprzyleci.blog.onet.pl - którą pewnie znamy z Naszego Bociana (dziękujemy!).

Jesteśmy nadal zaczytani.

Więc postanowilismyna razie nominować te, które urokliwą pracą czytacza mamy juz w ulubionych, ale to nie jest nasze ostatnie słowo :) Bo chcielibyśmy wszystkie te, które czytamy.

 

 

17:09, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (2) »
Dzieci zaległe z ubiegłego tygodnia

ANIA 

Co mi się podobało ostatnio:
Pierwszą rzeczą, która mi się podobała to fakt, że ostatnio miałam dobre wyniki w nauce matematyki. Mieliśmy prace domową, w której były same zadania tekstowe i zrobiłam je wszystkie. Tyle, że w ostatnim się pomyliłam i w końcu miałam 6/7 punktów. Nie tak dawno miałam też test, z którego dostałam 88%.

Drugą rzeczą, która mi się podobała to taka, że przyjechali do nas nowi znajomi - Pani Beata i Pan Dariusz z pięciomiesięczną Moanką, którą sie czasem opiekowaliśmy. czasami ciocia Beata (bo tak do niej mówiliśmy) pozwalała mi ubrać Moankę po kapieli, czasami ja smarowałam takim specjalnym kremem, ale raczej robiła to ciocia, bo ja nie miałam doświadczenia.

Trzecią rzeczą, która mi się podobała to taka, że mama zamówiła mi drugą część książki "Zmierzch" i mam nadzieje, że wkrótce będę miała co czytać.

Co mi się ostatnio nie podobało:
Pierwsza rzecz, która mi się nie podobała, to taka, że z mojej szkoły odeszła moja najbardziej ulubiona pani. Zastąpiła ja pewna nie bardzo miła pani, która śmieje się przez zęby. Ostatnio, gdy pani od geografii krzyczała na mojego kolegę - ona się z niego smiała.

Drugą rzecza, która mi się nie podobała to taka, że od trzech tygodni usiłowalismy się wybrać na Pitony. W pierwszym tygodniu probowaliśmy jechać z ciocią Beatą i wujkiem Darkiem i Moanka, ale akumulator nam wysiadl w samochodzie. Dwa następne razy nie wyszło nam przez 'udawany" strajk, ktorego nie było, ale tak się zapowiadał, że rodzice bali się, że nie będziemy mogli kupić benzyny.

Ostatnią rzecza, która mi się nie podobała to taka, że gdy byłam wczoraj na basenie, to jeden z mojej klasy bawił się moimi rzeczami. Najbardziej mnie zdenerwowało to, że kłamal, że to nie on się bawił, ale wyszło, że to on. Muszę przyznac, że tak to się na niego nigdy nie zdenerwowałam.

PAWEŁ
To, co mi sie nie podobało:
1. Nie podobało mi się to, że nie pojechalismy na wulkany. Ponieważ okazało się, że jest strajk. Więc tata zawrócił. W drodze powrotnej rodzice pokazali nam drogę do wulkanu i z powrotem. Bo, jak wiadomo, wulkany są na końcu wyspy.
2. Również nie podobało mi się, że nie mogliśmy pojechać z rodzicami na lotnisko. Po gości. A nie mogliśmy, ponieważ następnego dnia mieliśmy szkołę. A nawet dobrze, że nie pojechalismy, bo następnego dnia rodzice nam powiedzieli, że samolot się spóźnił więcej niż godzinę.
3. Nie podobało mi się to, że naszemu tacie - rekordziście świata w robieniu steków, nie udały się steki pierwszy raz. Ale to przecież dopiero pierwszy raz.
4. Nie podobało mi się, że muszę pisać to. Ponieważ jestem leniem.

To, co mi się podobało:
1. Podobało mi się to, że którego dnia Martin, nasz przyjaciel, zabrał mnie, Anię i Dominika oraz oczywiście swoje dzieci na plażę. Na plazy przygotowal sobie sprzęt do surfingowania na wodzie. A my gralismy w piłkę nożną i graliśmy na ich DS-ach. Potem wrócilismy do domu.
2. Podobało mi się, gdy Zack, Josh i Zana przyszli do nas, jak ich rodzice musieli wyjechac do miasta. Było super, oni grali na naszych gameboyach a my na ich DS-ach. Później przyszla nasza mama i zapytała, czy chcemy obejrzeć film o piratach, a my tak, yes, tak, tak, yes, yes. Po obejrzeniu filmu poszli do domu, ponieważ przyjechali ich rodzice.
3. Podobało mi się, że mamy nowych przyjaciół Ciocię Beatkę i Wujka Darka i ich córeczkę Moankę. Moanka to francuskie imie, które znaczy - Ocean. Ciocia Beata pozwalała nam pomagać w kapaniu Moanki i wycieraniu jej po prysznicu.
4. Fajnie było jeszcze, jak pojechaliśmy do restauracji. Ania ja i Dominik wzięlismy po hamburgerze z frytkami, a później dostaliśmy lody. Następnie pojechaliśmy do sklepu, żeby zrobić zakupy i pojechaliśmy do domu.

(a tu napis wykonany ostatnio przez Pawełka przy wejściu do domu)

DOMINIK
1.
Ostatnio najbardziej podobało mi się to, że mieliśmy jechac na Pitony, ale okazało się, że ma być strajk. I tak zawsze jest, że gdy mamy jechać na Pitony to jest strajk i są strasznie długie kolejki do wszystkiego i po benzynę. A my mieszkamy za miastem i jak sa te duże kolejki to możemy nie dojechac do domu.
A nie podobało mi się to, że Ania zatrzasnęła mi serdeczny palec u ręki, a było to tak, że gdy bawiliśmy się w ciuciu-babkę, to włozyłem palec w drzwi tam, gdzie sa zawiasy.
2.
Najbardziej podobało mi się też, że widziałem Martina w telewizji. A okazało się, że Zara też chodzi na karate i ma brązowy pas. Ale oni tu mają inne zasady i w cztery lata mają czarny pas. U nich w ciagu dwóch lat można zdobyć żółty pas, a u nas w ciągu dwóch lat to ma się pomarańczowy. Bo u nich w ciągu jednego roku ma się 2 egzaminy, a u nas jeden i to też trzeba umieć.
A nie podobało mi sie, że znowu się skaleczyłem i mam bardzo potłuczoną kość i chyba mi paznokieć wypadnie.
3.
I ostatnio podobało mi się, że ułożyłem z Anią cała ramkę od obrazka w puzzle, a jest ich 1000. Szerokość 40 puzzli, długość 25 puzzli, czyli w sumie ułożyliśmy 131 puzzli. Zostało nam 869 puzzli.(*)
A nie podobało mi się, że tata ciągle krzyczy jak nie sprawdzamy ubrań do prania, bo jak się czegoś nie zobaczy, to całe pranie farbuje.

(* - autor zostal poinformowany o słabej jakości obliczeń. Powiedział, że mu nie szkodzi)

15:18, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (2) »
czwartek, 05 marca 2009
Czego możemy się nauczyć od Saint Lucii? (by Krzyś)

Nie mamy strajku, za to mamy kryzys. Dzięki temu kryzysowi zakupiłem w Centrum Handlowym Rodney Bay dwie pary ciemnych okularów. już tłumaczę:

Dotychczasowe ceny były dostosowane do pojemności kieszeni właścicieli jachtów w sąsiadującej marinie, no ale dzięki kryzysowi rozpoczęły się przedwczesne (wysoki sezon kończy się w połowie kwietnia) przeceny. I tak zakupiłem dwie pary doskonałych podróbek za 50 tutejszych dolarów (ECD), czyli około 70 złotych.

Dziesięć miesięcy temu, kiedy byliśmy na St Lucii na zwiadach, owe 50 ECD to była równowartość 40 złotych, ale dwóch genialnych bliźniaków, którym niepatriotycznie było do euro, prawie podwoiło cenę moich okularów. Aczkolwiek cena nadal przystępna, ale to dzięki kryzysowi.

(100 dolarów wschodniokaraibskich w maju 2008 roku warte 80 złotych, a w marcu 2009 - 140 złotych) 

Swoją drogą warto przypomnieć (a wiem, że czytają ten blog także posłowie rządzącej koalicji), że podobnie jak moje okulary potaniał cement, stal, robocizna... itd. Natomiast podrożało Euro! A może by tak coś więcej zbudować, jeśli już mamy szmal płynący z Brukseli i to w twardej walucie?

Wiem, wiem, pan premier jest twardym ortodoksem liberałem, ja niby też. Chociaż wciąż pamiętam ten dowcip:

- Towarzyszu Kowalski, czy zapłaciliście już składki partyjne?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo żona nie dała pieniędzy.

- A powiedzieliście żonie, że to na składki partyjne?

- Tak.

- A czy powiedziliście żonie, że za te pieniądze ze składek, to my budujemu szkoły, mosty, drogi...?

- Tak.

- I co żona powiedziała?

- Że jak kogoś nie stać, to niech nie buduje.

 

... to będe na chwilę poważny.

Do jasnej cholery, za ten szmal, co to go jeszcze Kazio-Yes, yes yes! załatwił, możemy teraz dwa razy więcej! Czy ktoś to nareszcie zrozumie?! Nie, ku... Właśnie odwołalismy przetarg na poszerzenie drogi Warszawa - Łódź. Ech, to polskie piekiełko...

Ale jeśli już jesteśmy przy ekonomii, to pociągnijmy trochę ten drażliwy temat moich zakupów w Rodney Bay.

Jak już wspomniałem, tutejsza waluta nazywa się Wschodnio-Karaibskie Dolary (ECD), jest ściśle przywiązana do waluty swego Wielkiego Brata, czyli Amerykańskich Baksów  (USD), w proporcji 2,7 ECD do 1 USD.  I tak to już jest od 44 lat.

I dzięki temu benzyna tutaj (strajku nie ma) nie musiała podrożeć tak jak w Polsce, mimo spadku cen ropy na całym świecie. Prawde tę dedykuję genialnemu Ekonomiście i Jego Bratu z przerośniętymi ambicjamy i gruczołami prostaty, co wnoszę z przebierania małymi nóżkami (obserwacja własna). Bo tutejszy pieniądz nie traci na wartości będąc sztywno przywiązany do amerykańskiego dolara. Mogła na czas doszlusować do Euro Słowacja, mogliśmy i my.

Tu mam pomysł (dla posłów bieżącej koalicji). Zaproponujcie pewien kompromis. Należy dopieścić Wielkie Ego Małego Sternika i Jego Brata pewną mało znaczącą zmianą w Konstytucji w zamian za inną małą zmianę - tę mówiącą, iż środkiem płatniczym w RP jest złotówka. Zmiana dotyczy tekstu refrenu naszego hymnu narodowego. Niechaj brzmi tak:

          Marsz, marsz Kaczory,

          Jak do Pskowa Batory!

          Za Waszym przykładem

          Zmierzym się z układem.

 

Na pewno się zgodzą. 

Krzysztof

 

 

16:38, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (2) »
Nowości w punktach

1. Poniedziałek. Jak zwykle wyszło na moje, bo żadnego strajku nie ma, a pump naonczas był closed, bo wykupili paliwo. Zaraz przywieźli i jest do dziś. Nie chwalę się i nie wypominam, tak sobie zaznaczam, żeby przypomnieć następnym razem.

 2. Wtorek. Po raz pierwszy od choroby postanowiłam włożyć buty na koturnach i sukienkę. Zostało uwiecznione pod bramą wejściową do domu razem z kapeluszem. Z wrażenia buty się rozpadły, a żal, bo moje ukochane.

3. Wtorek/środa. Przyjechali Lusia z Jurkiem. Lecieli przez Puerto Rico, by wylądowac na małym lotnisku bliżej nas. OCZYWIŚCIE samolot się spóźnił i zamiast o 22.15 lądowali o 23.30. Czas oczekiwania - a wszystko naokoło i w całym Castries zamknięte, bo noc przecież - spędzaliśmy z Krzysiem patrząc na morze (po drugiej stronie drogi przy lotnisku) oraz pijąc piwo i siedząc na krawężniku pod takim napisem:

Przy czym nie bardzo wiem, jak przetłumaczyć słowo idling. Idle to bieg jałowy, czyli "idling" to takie nicnierobienie, leniwe luzowanie się i - na pewno! - popijanie przy tym piwka. Dobrze, że rzuciliśmy palenie półtora roku temu (oklaski!) bo pewnie palilibyśmy przy ytm też. Napis zauważyliśmy poniewczasie, dlatego nas tam już nie ma.  

4. Jeszcze na lotnisku. W Polsce - jak mi pisze Hania - idzie wiosna, na St Lucii duszne plus 26-28, a w Nowym Jorku minus 10, o czym poinformowali nas ci pasażerowie:

5. Środa. Na razie Lusi i Jurkowi zdążyliśmy pokazać na St Lucii chińską restaurację na Rodney Bay oraz narodowe piwo Piton (te dwa trójkąty na etykietce to właśnie Pitony w barwach narodowych) z nalepkami uwieczniającymi 30. rocznicę odzyskania niepodległości (to ta niebieska 30-tka na szyjce). Bardzo dobre piwo. A gdyby tak Żywca udekorować jakoś na 11 Listopada...?

Poinformowaliśmy też o klątwie Pitonów, więc zostało uchwalone, że jeśli się TAM będziemy wybierać, to bedziemy mówić, że jedziemy NA PIWO!

 

14:54, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 marca 2009
Racje i satysfakcje (by Krzyś)

Miałem rację, ale nie satysfakcję, jak kiedyś powiedział pewien skazaniec, który przewidział, że jego prośba o łaskę zostanie odrzucona. Mamy strajk.

Swoją drogą Saint Lucia to ciekawy kraj. Jeździ się odrotną stroną drogi, zamiast kartofli gotuje się niedojrzałe banany, a kapitaliści strajkuja przeciwko klasie robotniczej... Ano tak, bo strajkują właściciele stacji benzynowych (czyli właściciele środków produkcji), przeciwko włascicielom samochodów, czyli w 90% - ludowi! Stary Marks przewraca się w grobie, albo bez poł litra nie rozbieriosz. 

Dzięki temu wszystkiemu zrozumiałem w końcu mechanizm ogołacania rynku ze wszystkich towarów. A było to tak.

Wczoraj, po stwierdzeniu, że strajkują, pognaliśmy do supermarketu. Zaraz, zaraz, dlaczego tu na półkach jest tak mało chińskich zupek? Zawsze było mnóstwo, a teraz tyle, jakby kot napłakał... Bierzemy 20! Papier toaletowy (tu skojarzenie - rolki na sznurek i naokoło głowy). mamy zapas w domu? Nie szkodzi, jeszcze 10 na pewno się przyda, bo co będzie jeśli nie będzie? Na pewno się przyda. Etc., etc...

Przy kasie zabrakło mi lokalnych pieniędzy, zapłaciłem więc kartą kredytową wiedząc i godząc się na to, że po przeliczeniu w kasie, a potem w bankach dopłacam jeszcze 10%. 

Tak powstają luki w zaopatrzeniu. A potem to już chyba nic tylko kartki?

Nie byłem w Polsce podczas stanu wojennego, ale dzięki strajkom na St Lucii, stał mi się on jakby bliższy...

Krzysztof

16:06, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (6) »
niedziela, 01 marca 2009
Klątwa Pitonów, czyli strajk, który jest albo go nie ma.

W piatek rano zastanawialiśmy się z Krzysiem, co robić w weekend.

- Może w końcu pojedziemy obejrzeć Pitony? To podobno jeden z najpiekniejszych widoków świata - powiedziałam zechęcająco. - W sumie wstyd, że tego jeszcze nie widzieliśmy.

Najpierw przez dłuższy czas nie widzieliśmy Pitonów, bo albo ja byłam calkiem chora, albo niezupełnie jeszcze zdolna do transportu (Pitony - dwie wulkaniczne góry - są na drugim końcu wyspy, niby niedaleko, ale jest ze dwie godziny jazdy po krętych, górskich drogach). Tydzień temu, gdy już mielismy jechać, to zapowiadali strajk. W poniedziałek wybieralismy się z Bubu, to wysiadł akumulator w samochodzie i Krzysiowa ręka, a dziś piątek. No dobra, pojedziemy. Ale dziś tylko odbierzemy dzieci ze szkoły i zrobimy trochę zakupów. Może jeszcze wstapimy do banku...

Przejeżdżamy obok stacji benzynowej - a tam kolejka kilometrowa.

- Nie dogadali się! Będzie jednak strajk! Stajemy w kolejce? - mniej zapytał, a bardziej zdecydował Krzyś.

Pokłóciliśmy się prawie natychmiast. Ja - że on niczego nie widzi tylko groźbę strajku i wpada w histerię. A zakupy trzeba zrobić, do banku wpaśc, dzieci ze szkoły odebrać a nie po stacjach w kolejkach w tym upale stać. On - że ja nie jestem odpowiedzialna, bo w baku zostało mało paliwa i jak zostaniemy bez benzyny, to będzie dopiero. I tak dalej.

Pojechalismy do banku, a tam monstrualne kolejki. Dlaczego - nie wiadomo.

- Żadnego strajku nie ma! - orzekli miejscowi spod banku.

- Jest strajk! - orzekl Krzysio spod drugiego banku.

Włączylismy radio. Ładnie graja o strajku nic nie mówią. Zrobiliśmy zakupy. Kolejek nie ma w ogóle, na parkingu wręcz pusto.

- Żadnego strajku nie ma - orzekłam.

- Nic o strajku nie słyszałam? - zastanowiła się pani kasjerka.

- Zobaczysz, będzie strajk - uparł się Krzysio.

Podjechaliśmy sprawdzić do drugiej stacji benzynowej. To znaczy nie podjechalismy, bo zablokowala nas kolejka po paliwo. Krzysio zawrócił z piskiem opon i pojechalismy do "naszej" stacji benzynowej. Tam kolejka jeszcze dłuższa. Krzysio przepytał kolejkę - nikt nic nie wie, ale wszyscy słyszeli, że dystrybutorzy paliwa mogą zastrajkować, więc wszyscy stoją w kolejce. Zupełnie jak w Polsce...

Odstaliśmy swoje (jeden miejscowy nas w połowie kolejki wpuścił, powiedzmy, że całkiem dobrowolnie), mieliśmy więc  pełen bak, zdążyliśmy nawet odebrać dzieci ze szkoły, dzieci się zmartwiły, że klątwa ciąży nad wyprawą pod Pitony, ja się nie odzywałam, bo wyszło na Krzysia, ale on dzielnie mi nic nie wypominał.

W sobotę koło południa postanowiliśmy pojechać na plażę, a przy okazji obejrzeć, czy jest strajk. Na stacji benzynowej stały dwa samochody, benzyna jest, stacja pracuje normalnie. Nie ma strajku. Wyszło na moje, ale się dzielnie nie odzywam i nie wypominam tego godzinnego stania po benzynę. dziś plażujemy (za późno na wyprawę na drugi koniec wyspy do Pitonów), jutro pojedziemy. Dzieci się cieszą.

W niedzielę (czyli dziś) jedziemy do Pitonów. Stacja benzynowa zamknięta. Druga też. No, zamknięte, bo chyba niedziela? - zastanowiłam się niepewnie.

Ujechalismy ze czterdzieści kilometrów, już jesteśmy za Castries, gdy drogę zablokowała nam kolejka. Do stacji benzynowej. Krzysio poszedl odpytać kolejkę. Chyba strajkuja. To jedyna w okolicy czynna stacja paliw, więc wszyscy stoja.

Podjeżdżamy do drugiej stacji. Jest czynna, ale brak benzyny. Mają tylko resztke ropy, właśnie wyprzedają. Mówią, że będzie strajk. Zawracamy do domu, bo w obliczu rychłego braku benzyny nie możemy jechac do Pitonów. Dzieci wściekłe. Klątwa działa.

- W życiu juz nie powiem głośno, że jedziemy do Pitonów - zarzeka się Dominik. - Powiem, że do wulkanu!

Po drodze robimy zakupy. W markecie mnóstwo ludzi, wszyscy kupują wszystko.

- E, to tylko Francuzi przyjeżdżają z Martyniki i wszystko wykupują, bo tam strajki i pozamykane sklepy - mówi ktoś w kolejce.

- Nie, strajk bedzie, ale tylko do poniedziałku, we wtorek otworzą stacje - mówi ktoś drugi.

- Strajk już jest. Nie wiadomo, ile potrwa - mówi ktoś trzeci.

Ja milczę, bo znow wyszło na Krzysia.

Wróciliśmy do domu. Mamy zapasów żywnościowych na dwa tygodnie. Dziś kurczak, jutro steki, pojutrze spaghetti, a w razie czego pojedzie się na zupkach chińskich. Dzieci już są zachwycone tym menu.

Właśnie zadzwonił Calvin.

- Słyszeliście o strajku? Trzeba zrobić zapasy - poinformował.

Ja milczę, ale założę się, że jutro będą czynne wszystkie stacje benzynowe i zadnego strajku. Wyjdzie na moje.

21:34, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 lutego 2009
A było to tak...

W piatek wieczorem, po wielu przygodach (m.in po raz pierwszy w życiu katamaranu Bubu zerwało im kotwicę), przybyła załoga Bubu w osobach Beaty z Darkiem i małą Moanką, więc rześko przystąpiliśmy do wstępnego omawiania życiorysów. Prawie do świtu.

W sobotę do południa zastanawialiśmy się nad tym, co robić przez cały dzień, ale gdy tylko ustaliliśmy, że jedziemy oglądać Pitony, Krzysiowi spuchła ręka (i bolało!), w dodatku nie wiadomo dlaczego wyczerpal się akumulator samochodu oraz zachmurzyło się i zaczęło strasznie lać. Potem wszystko zaczęło się poprawiać (przyjechał lekarz i dal Krzysiowi antybiotyki, bo to było zapalenie żyły, przyjechal facet z nowym akumulatorem do samochodu i wymienił, a pogoda zaczęła się trochę poprawiać) ale uznaliśmy, że nie będziemy walczyć z przeciwnościami losu. Uzupełnilismy więc tylko zapasy i zostaliśmy radośnie w domu, by prawie do świtu kontynuować opowiadanie zyciorysów.

W niedzielę - jako się rzekło - postanowiliśmy świętować Dzien Niepodległości więc wymieniliśmy samochód na większy, zabralismy z mariny Nelly i Francois z jachtu Harmoony, którzy pływali razem z Bubu i pojechaliśmy do Beausejour na stadion krykieta, bo dowiedzielismy się, że tam są najuroczystsze obchody 30-lecia odzyskania niepodległości, czyli parada, tańce i śpiewy.

Na miejscu okazało się, że StLucianie nie byli tak żądni parad, jak my i nie stawili się gromadnie, a wręcz przeciwnie, a zreszta nie było żadnych parad, tylko występował chór i różne szkoły w przerwach licznych oficjalnych przemówień.

 

Później dowiedzieliśmy sie, że mieszkańcy nie chcieli parady na stadionie krykieta, tylko jak zawsze od 30 lat na ulicy, ale rząd postanowił, że w tym roku będzie uroczyściej. Ale nawet z VIP-ów przybyli wyraźnie tylko ci, którzy musieli (na zdjęciu na pierwszym planie Francois, dalej Ania, a w tle na wpół pusta loża VIP-ów).

Udało nam się uniknąć większości przemówień, ale trafiliśmy na trzy ostatnie modlitwy (za naród, za rząd i za młodzież, czyli przyszłość St Lucii), których wysłuchaliśmy na stojaco oraz na pieśń pożegnalną.

Trochę się zeźliliśmy, więc postanowiliśmy pojechać i zobaczyć, czy nie świętują w stolicy. W Castries nawet chińska restauracja zamknięta. Puste ulice, czasem przemknie samochod z turystami, bo w porcie stoją trzy wielkie statki. Pojechaliśmy do Rodney Bay, by w Chez Claude zjeść lunch (tam też pusto):

Pogoda się psuła, więc uzupełnilismy zapasy i wrócilismy do domu, by znów do późnej nocy kontynuować omawianie życiorysów.

W poniedziałek zaplanowaliśmy razem z załogą Harmoony wyjazd i zwiedzanie Pigeon Island, a po południu chcieliśmy tam obejrzeć festival soca music (to takie karaibskie połączenie calypso z muzyka indyjską, bardzo rytmiczne). Niestety, na Pigeon nie wpuszczali przed rozpoczęciem festiwalu, musielibyśmy więc czekać ponad dwie godziny pod bramą.

Zeźlilismy się i pojechaliśmy wykąpać się na plaży w Cotton Bay. Z okazji Dnia Niepodległości prawie wszystko było zamknięte, ale zdołalismy uzupełnić zapasy, a potem i tak pogoda się psuła, więc wróciliśmy do domu, by przy uroczystej kolacji do późnej nocy kontynuować omawianie życiorysów w trzech językach (polskim, francuskim i angielskim):

 


We wtorek rano...
O nie, nie :). We wtorek około południa, ku naszemu nieukrywanemu żalowi i wbrew licznym namowom (pogoda nadal nie najlepsza) załoga Bubu nas opuściła, by pożeglować na południe i tam gdzieś zostawić łódke na sezon huraganowy. Umówiliśmy się więc za kilka miesięcy w Polsce, ponieważ chyba jeszcze nie omówiliśmy dokładnie tych życiorysów. Do zobaczenia!

 

A oto relacja Krzysia:

                         Motto (Marian Załucki):
                               W całej Europie już wiedzą
                               Od Morza czarnego do La Mansza
                               Że w Polsce dzieci tylko jedzą
                               A Polak - zakąsza...

             Inwokacja
        Łubu-dubu, łubu-dubu
        przybył katamaran Bubu.


             Rozwinięcie
        Byli trzy dni - nu i chwatit
        (na watrobę mam Hepatil
        na ból głowy aspiryny)!
        Wszystko to nie z mojej winy,
        ni Beaty bądź Moany
        - one są prawdziwe damy!
        To ten trzeci! Ten niecnota
        zgubnym wpływem mnie omotał,
        i gdy się przebrała miarka
        jakiś zły duch wstąpił w Darka,
        a na diabła nie ma bata
        zwłaszcza, gdy on jest Sarmata.
        Jam na próżno protestował
        on mnie... ZDEMORALIZOWAŁ!

             Epilog
        W siną dal odpłynął Bubu
        w głowie wciąż mam łubu-dubu.

 

(Relacja została nadana z opóźnieniem, ponieważ zabrało nam Internet i dopiero dziś oddało. A ponieważ nikt nie wiedział, dlaczego przestało działać - po trzech dniach naprawiania po prostu przeciągnęli nam drugą linię).

17:08, bociany.na.karaibach
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5